Była ciemna i deszczowa noc. Kobieta w czarnym płaszczu niepostrzeżenie przemieszczała zatłoczone ulice Manchesteru. Unikała jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi. Nie mogła się ujawnić, nie zostając przy tym zdemaskowaną i straconą. Jej dni i tak były już policzone, ale musiała chronić swojego następcę.
W małym zawiniątku coś niespokojnie się poruszyło, by za chwilę wydać z siebie dźwięk podobny do płaczu. Kobieta nakreśliła palcem znak na kocyku i w jednej chwili zapanowała cisza. Była coraz bliżej celu, nie mogła teraz zawieźć.
Nic nie wskazywało na to, że kilka godzin wcześniej urodziła śliczną, czarnooką dziewczynkę. Szybko pozbierała się i ruszyła w poszukiwaniu dogodnego dla niej domu. Czuła, że jest już blisko, a tam gdzie podąża jej dziecko zazna spokoju, aż do czasu, kiedy wróci, żeby się zemścić.
Zachowawczo odwróciła się za siebie. Ktoś ją śledził. Przeczuwała nadchodzące niebezpieczeństwo. W oddali zobaczyła wysoki kościół. Pobiegła w jego stronę i skryła się na pustym o tej porze cmentarzu. Jedynie tutaj nikt nie mógł jej wytropić. Aura otaczająca to miejsce skutecznie chroniła ją i dziecko.
Usłyszała szelest liści i zbliżające się kroki. Jeszcze mocniej przylgnęła ciałem do jednego z grobów. Zamknęła oczy, czując jak powoli ogarnia ją cień. To od daje jej moc by w każdej chwili zadać śmiertelny cios. Byłą do tego zdolna, mogła zrobić wszystko, żeby tylko uratować ostatniego dziedzica rodu.
Gdzieś w oddali zahuczała sowa, napełniając cmentarz ponurym dźwiękiem, mrożącym krew w żyłach zwykłej osoby. Jednak na tych, którzy byli tam obecni nie zrobiło to żadnego wrażenia. Sama obecność ptaka utwierdziła ich w przekonaniu, że są już blisko. Doskonale znali tę kobietę, walczyli z nią ponad sto lat. Czekali na ten jedyny moment, kiedy będzie słaba.
Czekali aż na świat przyjdzie dziecko. Wtedy mogli zaatakować i zadać ostateczny cios. Musieli się spieszyć, mieli tylko dobę, żeby ją zniszczyć. Zostało im tak niewiele czasu i tak mało wysiłku musieli włożyć, żeby zakończyć to w tej chwili.
Zakapturzona postać mignęła im przed oczami. Rzucili się w jej kierunku, ale przecenili swoje możliwości. Wiedzieli, że właśnie użyła swoich mocy, wyczerpała całą siłę, której nie powinna teraz używać. Właśnie pozbawiła się wszystkiego co miała najcenniejsze. Była bezbronna.
Ruszyli jej śladem czekając na odpowiedni moment. Naradzili się wzrokiem i wtedy im uciekła. Biegła przed siebie jak najszybciej mogła. Mijały sekundy, minuty, wreszcie, gdy poczuła się odrobinę bezpieczniej, zatrzymała się na chwilę.
Jej wzrok przykuł ogromny budynek, który majaczył w oddali. To było to miejsce. Musiała wydobyć z siebie jeszcze odrobinę silnej woli i dotrzeć do upragnionych drzwi. Zaczęła przygotowania. Z jej ust wydobyły się niezrozumiałe słowa, ale nic się nie stało. Teraz już wiedziała, że wszystko przepadło. Pozbawiła się mocy.
Przez jakiś czas szła przez ciemny las. Znalazła duży kamień. Usiadła na nim i ułamała najbliższą gałązkę. Nie zważając na bój rozcięła sobie rękę i własną krwią na kocyku zostawiła napis. Czując, że opada z sił, podniosła się i powoli ruszyła w stronę bramy.
Była otwarta, bez trudu więc weszła na podwórko. Rozejrzała się. Dom przypominał stary dwór, w którym straszy, jak głoszą opowieści. Ona jednak wiedziała, że to wszystko jest jednym wielkim kłamstwem. Jednak miejsce było idealne dla jej córki. Tam mogła spokojnie dorastać.
Położyła dziecko na kamiennej posadzce przed drzwiami i głośno zapukała do środka. Nie czekała, aż ktoś otworzy. Szybko ukryła się w krzakach nieopodal, by spokojnie patrzeć, jak nieznajomi zabierają zawiniątko ze sobą.
W momencie, gdy drzwi się otworzyły i stanęła w nich młoda kobieta, rozległ się niewyobrażalny wrzask, pomieszany ze skowytem i piskiem. Tak zginęła zakapturzona postać, którą dopadł jej osobiste demony. Kobieta zamarła bojąc się wyjść dalej. Nagle usłyszała płacz. Ostatnią rzeczą, którą zobaczyła zanim zabrała dziecko do środka, był krwawy napis DERWEN
Witam was po długiej nieobecności. Zaczynam od nowa, po inną nazwą, więc nikt mnie nie rozpozna. Mam nadzieję, że to doprowadzę do końca.